2083896509.M2E4MWE5Zg==.OGMzMDgzMmJlNjdl.NDA5NGJkMjMyMzEzNzFiNmZhNTg=

6500 km dookoła Europy Środkowej

„Makaron, rybka, owoce, wino, benzyna — i wracamy na autostradę, aby w trzy kwadranse wjechać do Mediolanu!”

O Irenie Brodzkiej, pasjonującej kobiecie, łódzkiej adwokat, działaczce społecznej i automobilistce, napisałem już obszerne opracowanie. W 1937 roku Łodzianka przejechała swoją Hansą 13356 km. Została za to wynagrodzona Złotą Plakietą w „Konkursie na ilość przejechanych kilometrów” organizowanym przez Polski Touring Klub. Tym wynikiem zajęła 7. miejsce w klasyfikacji ogólnej. Oprócz Ireny, aż sześciu kolejnych uczestników, z dziewiętnastu sklasyfikowanych, pochodziło z Łodzi. Byli nimi Jerzy Rozenblat (20700km), Harry Fogiel (141589 km), Karol Piętka (8688 km), Tadeusz Rozenblat (7758 km), Jakub Bodzechowski (6361 km) i Artur Gothail (3142 km).

Irena i jej Hansa 1100 w Łodzi, 1937 (fot. Brodzcy)

W lipcu 1937 roku Łodzianka wyruszyła w fenomenalną podróż po Europie. Swoją wyprawę, obszernie opisała w miesięczniku TOURING. Ta fascynująca lektura jest niczym poradnik na najlepszy samochodowy road trip po Europie napisany przez samego Roberta Makłowicza. Brodzka nie tylko opisuje techniczne warunki podróżowania, ale zachwyca się architekturą, historią miejsc, otaczającą naturą i napotykaną motoryzacją. Jej uwadze nie umykają smaki lokalnych potraw i trunków, a kolacje niekiedy przedłużają się aż do wschodu słońca. Zapraszam na 6500 km przez Europę!

Rok 1939, salon Hansa Lloyd w Gdyni przy ul. Świętojańskiej 89. Firma należała do J. Patalasa. Na ulicy zaparkowana stoi Hansa 1100 ’37 z polskimi tablicami rejestracyjnymi (źródło: Automobilklub Morski)

ŁÓDŹ Podróż Ireny i jej syna Jerzego rozpoczęła się w lipcu 1937 roku w Łodzi. Do lśniącej Hansy 1100 załadowane zostały dwie walizy, neseser, koszyk campingowy, namiot, dwa pledy i duży zapas benzyny. Hansa była małym dwudrzwiowym samochodem produkowanym przez Hansa – Lloyd – Werke A.G. w niemieckiej Bremie. W latach 1934 – 1940 model 1100 oferowano w trzech wersjach nadwozia – limuzyna, kabriolet oraz kabriolimuzyna. Czterocylindrowy silnik o niewielkiej pojemności generował moc 28 km i pozwalał rozpędzić 1050 – kilogramowy wóz do ok. 95 km/h, przy czym konsumował 10l benzyny na każde 100 km. Pierwszy etap trasy wiódł przez Pabianice, Łask, Częstochowę, Katowice, aż do przejścia granicznego w Cieszynie. Celem był Frydek-Mistek. Z uwagi na brak większych atrakcji w czeskim miasteczku, bardzo dobrymi asfaltowymi i bitymi drogami, podróżnicy udali się następnego dnia przez Brno w kierunku granicy z Austrią. Formalności na granicy trwały zaledwie dwanaście minut, w przeciwieństwie do przejścia granicznego w Cieszynie, które pochłonęło aż półtorej godziny.

Ahoj przygodo! Autostrada w Niemczech (fot. Brodzcy)

COBENZL Ruchliwy i ożywiony Wiedeń zrobił na Brodzkiej ogromne wrażenie. Zachwycała się organizacją ruchu ulicznego, porządkiem na drogach i wyrozumiałością policji. Należy zaznaczyć, że do 1938 roku w Wiedniu obowiązywał ruch lewostronny, który mógł budzić konsternację wśród przyjezdnych turystów. Wieczór Brodzcy spędzili na wzgórzu Kahlenberg w towarzystwie znajomych. Natomiast na kolację udali się do pobliskiego „Cobenzl-baru”. Prawdopodobnie autorce chodziło o kawiarnię z tarasami i pięknym widokiem na Wiedeń, otwartą w 1912 roku w kompleksie pałacowym Cobenzl. Obecnie obiekt, po wielu perypetiach, przechodzi restrukturyzację mającą na celu przywrócenie mu dawnej świetności. Brodzką urzeka widok rozciągający się z restauracyjnego tarasu. Romantycznie migoczące w oddali światła naddunajskiej stolicy, oświetlone dostojne gmachy i pajęczyny ulic spotykające się na dużych placach. Z pewnością automobilistka nie byłaby sobą, gdy nie zwróciła uwagi na samochody „parking przed Cobenzl nie przyniósłby wstydu niejednej wystawie samochodowej. Zwarte rzędy Steyerów, Fiatów, Tatr, Mercedesów — a wśród nich pięknych smoków Buicka. Packardy, Cadillaki, Rolls – Royce, Cord — i jedna niezapomniana Alfa Romeo — 12 cylindrowy specjalnie karosowany czarny dwuosobowy kabriolet, o wytwornej i bez przesady aerodynamicznej linii, owalnych latarniach, krytych w obudowie wachlarzy kołach.”

Widok na pałac Cobenzl, 1930 (źródło: Weitsicht Cobenzl GmbH)

KU GÓROM Po odwiedzeniu wiedeńskich turystycznych klasyków i zasmakowaniu rozrywek Prateru, wyprawa rusza dalej. Kilkanaście kilometrów za Wiedniem napotykają chłopca. Jest nim autostopowicza z Berlina, który wraca do domu po wizycie u znajomych w Budapeszcie. To skłoniło Brodzką do refleksji na temat istoty podróżowania i kultywowania turystyki wśród młodych ludzi. Biorąc pod uwagę jej postępowe poglądy, zaskakująco krytycznie wyraziła się o takiej formie podróżowania „młodzież powinna zaprawiać się do turystyki, do niewygód, do marszu — ale z ułatwionej lokomocji korzystać o tyle, o ile pozwalają fundusze, a nie wyproszona uprzejmość przypadkowych przejezdnych.” Przystanek na nocleg w Salzburgu nie pozostawia obojętnym i po raz kolejny Brodzka daje się uwieść pięknym budowlom „cały Salzburg, to zabytek architektoniczny, każda uliczka, brama, placyk nastręcza pole do zachwytu […] — niezapomniane pozostawiają wrażenie.”

Górskie masywy (fot. Brodzcy)

PRZEŁĘCZ Trasę przez słynną przełęcz Grossglockner Hochalpenstrasse Irena określiła jako Orlą Perć dla samochodów „dotarcie do samego podnóża najwyższych szczytów — to tryumf techniki drogowej — a dla zapalonego kierowcy — to piękne przeżycie.” Jako wytrawny kierowca zwróciła również uwagę na doskonałą infrastrukturę w tym trudnym górzystym terenie. Gęsto rozstawione konewki z wodą do chłodnic oraz pompy z paliwem służyły pomocą niestrudzonym kierowcom i ich maszynom w wymagającym górzystym terenie. Podróżników prowadziła fascynująca droga, która wiła się przez tunele i przesmyki w krainie piętrzących się gór i nigdy nietopniejącego śniegu „w połowie drogi olśniewa widok, roztaczający się po przebyciu tunelu — i nie wiadomo, w którą stronę pierwej kierować obiektyw aparatu — na łańcuchy gór, skaliste i ośnieżone, soczyste zielonością doliny — czy na czeluść tunelu, oświetlonego lampami, kamiennym frontonem wyzierającego spod śniegu.” Po tym wymagającym etapie posilają się w schronisku Grossglocknerhaus.

Przed tunelem w górach. Przy Hansie stoi Jerzy (fot. Brodzcy)

ULEWA Włochy przywitały Brodzkich potężnym oberwaniem chmury. Ulewa wykończyła wycieraczki w Hansie, ale to nie pozbawiło podróżników doskonałych humorów „zimno, wietrzno, mokro, potoki rwące ulicami Dobbiacco — o błogosławione wino włoskie! O gorące spaghetti con pomodoro — jakże wam byłam rada!” O poranku dziarska Łodzianka wymontowała zepsutą wycieraczkę, będąc przy tym zupełnie przekonaną, że przecież przez resztę trasy już nie będzie padało. Jadąc dalej przez Carbonin, Misurinę, Cortina d’Ampezzo docierają do serca Dolomitów i położonej na wysokości 2165 m n. p. m. przełęczy Falzarego „nowe schronisko, utrzymane w stylu alpejskim, komfortowo i estetycznie urządzone, wyposażone w restaurację, nowoczesny bar i dwie piękne kelnerki — cieszy się zrozumiałym powodzeniem.”

Dolomity, Przełęcz Falzarego. Po prawej stronie widoczna Hansa (fot. Brodzcy)

GARDA Stromo opadające w dół drogi i wijące się wśród urwisk i skalnych ścian asfaltowe serpentyny. Włochy na długo będą gościć w sercu Ireny. Przez Passo Pordoi (2250 m n.p.m.) Canazei, Carezza i Nova Levante „krajobraz tak fantastyczny, groźny w swym pięknie — że usiłuję zwolnić tempo, ale jednocześnie pociąga ten pęd, podnieca rywalizacja potoku górskiego…” Dolomity zapierają dech w piersiach nawet 28 – konnej Hansie, której brakuje tchu na górskich podjazdach. Niewielki serwis gaźnika w przydrożnych warunkach wystarcza, aby dotrzeć do noclegu w hotelu Albergo alla Rosa. Tam atrakcją obok wykwintnych drewnianych wnętrz, ozdobionych licznymi rzeźbami, okazał się również brak bieżącej wody. Tej natomiast było pod dostatkiem w pięknym Lago di Garda, gdzie Irena i Jerzy zażyli kąpieli oczekując następnego dnia na obiad „…w lustrzanej tafli przeglądają się białe pałacyki z piaskowca o czerwonych dachach, czarno-zielone pinie, tuje i cyprysy. Biały wąż szosy wije się tuż nad brzegiem, znika w bramach kilkunastu tuneli, na chwilę kryje się za okwieconymi ogrodami — by znów przypaść do jeziora. Pojawiają się wysłanniczki południa — palmy i agawy, słońce pali i zaczyna oszałamiać swym czarem — Italia.” Odwiedzając Weronę, która łączyła „starożytność z pomysłową architekturą jutra”, Irena bez pamięci zakochuje się w stylu Dolce Vita! Gdy siedzi w kawiarni na horyzoncie właśnie zachodzi krwiste włoskie słońce, a na ulice miasta wychodzą pary roztańczone w rytmie ulicznego jazzu. Cóż to musiał być za klimat!  

“Olśniewający widok na cudnie błękitne Lago di Garda” (fot. Brodzcy)

AUTOSTRADA „Makaron, rybka, owoce, wino, benzyna — i wracamy na autostradę, aby w trzy kwadranse wjechać do Mediolanu!” Sporo uwagi Brodzka poświęca płatnej cementowej autostradzie przez Brescię i Bergamo. Uważa ją za daleką od ideału, bo łączy punkty na mapie monotonną prostą nie oferując przy tym żadnych wyzwań dla kierowcy. Mimo braku atrakcji uważa ją za przyszłość europejskiego podróżowania, a przy tym efekt świetnie rozwiniętej kultury automobilowej we Włoszech. Co 3,5 km stacje benzynowe, estetyczne, efektownie malowane, tonące w kwieciu z małymi ogródkami — uprzejmi obsługujący proponują benzynę, oleje, smary, wszelkie podręczne akcesoria reparacyjne, służą w razie potrzeby narzędziami, ściereczki, gąbki, zamsze — wszystko do użytku bezpłatnego przejezdnych. Konewka z wodą — i karafka z wodą, szklanka, foteliki. Jeśli motor zagrzany — można odpocząć w ogródku lub w cieniu niewielkiego pokoiczku, studiując dla rozrywki mapy samochodowe. — Tak dbają Włochy o samochody i podróżnych, tak krzewią motoryzację.”

Włoska stacja obsługi pojazdów (fot. Brodzcy)

LOMBARDIA W Mediolanie wszystkie drogi prowadzą do Piazza del Duomo. Kierowcy porozumiewają się światłami drogowymi zamiast klaksonem, a piesi korzystają z przejść dla pieszych. To szokuje Brodzką, bo zdążyła się już zaznajomić z włoskim temperamentem i umownym przestrzeganiem przepisów na drogach. „Wieczorem podczas dancingu na dachu restauracji Odeon jeszcze podziwiam misterne wieżyczki i wiązania dachu katedry Duomo di Milano, zdobnego w 2000 rzeźbionych postaci, a oświetlonego zielonymi reflektorami.” W trakcie trzydniowego pobytu w stolicy Lombardii Brodzcy odwiedzili również Turyn i zażywali kąpieli w jeziorze Como, by następnie przez Parmę ruszyć w stronę apenińskich serpentyn. Docierają do Viareggio, gdzie zatrzymują się w hotelu Excelsior, by wreszcie zaznać niczym niezmąconego dwutygodniowego relaksu po dotychczasowych trudach wyprawy. Sielanka przerywana jest wyłącznie krótkimi wycieczkami, których celem są okoliczne miasteczka, kąpieliska i winnice. Oczywiście nadmiar wolnego czasu automobilistka poświęca na motoryzacyjne refleksje.

„Zaś wszędzie, w garażu, na parkingach przed hotelami, na ulicy przed setkami kawiarń — lśnią w słońcu auta, auta, auta… Najpopularniejsze Fiaty, zwłaszcza 1500-ki i małe 500-ki, zwane tu „Topollino” — myszka, potem Lancie — piękny nowy model Aprilia, rasowy w linii, potem Bianchi, czasem Alfa Romeo, czasem Bugatti — i dziesiątki wozów zagranicznych, marek zagranicznych — znaki Francji, Belgii, Austrii, Niemiec, Holandii, Szwajcarii, czasem Ameryki, Egiptu, Jugosławii — bardzo rzadko znajome literki PL. (W okresie przeszło 6-tygodniowego raidu spotkałam w Austrii 2 wozy polskie, we Włoszech 3 i w Niemczech 1). Wydaje się, że przynajmniej co trzeci z gości Viareggio posiada samochód — ciągle z niego korzysta, wszędzie, jak pieska ulubionego, zabiera wóz ze sobą. Szoferów widzi się rzadko, ale każdy średnio zamożny Włoch ma wóz. Trzeba tu podkreślić, że wozy, produkowane u nas w kraju całkowicie lub częściowo, są tańsze w stosunku do naszych cen ogólnych, niż odpowiadające im wozy we Włoszech; benzyna kosztuje tam około 1 zł. litr — a więc przyczyn motoryzacji doszukiwać się należy w świetnych, nieniszczących wozu drogach, ułatwionej konserwacji i — innym pojmowaniu życia. Samochód jest we Włoszech przedmiotem pierwszej potrzeby.”

 

FRANCJA Do Francji podróżnicy przedostają się w okolicach Ventomiglia i od razu po przekroczeniu granicy udają się na stację benzynową. Paliwo we Francji było znacznie tańsze niż we Włoszech. 15 – letni Jerzy zakupuje natomiast zapas papierosów, bowiem matka przyzwala na trzy papierosy dziennie, a w święta nawet na cztery. Brodzka nie kryje zawstydzenia tym faktem, ale z jakiegoś powodu sama o tym wspomina w swojej dziennikarskiej relacji. „Sunąc nad urwistym wybrzeżem Mediterranee stwierdzam, że Francja nie ma w »wykończeniu krajobrazu« wdzięku i artyzmu Italii; tam ściany skalne wznosiły się dziko nad szosą, strojne w agawy i bluszcze — lub pnące pelargonie — tutaj na gładzi granitu lub na drewnianych podpórkach wykwitają olbrzymie reklamy: Michelin, Dubonnet, Renault, Le seul tonic… A choć te słowa miłe dla oka automobilisty, choć ślinka płynie na myśl o »Le seul aperitif…« choć zewnętrzna forma nowoczesna i estetyczna — to przecież wolę dzikie złomy kamienne, nagie w swej grozie, lub spowite w barwne szaty kwiecia.”

Katedra Notre Dame z południowej strony (fot. Brodzcy)

APERITIF O ile reklamy Michelin i Renault nie budzą wątpliwości, to wyjaśnić należy pozostałe. Dubonnet, to bardzo popularny francuski aperitif. Podobnie jak Le Seul, pod którym prawdopodobnie kryje się znany korsykański trunek L. N. Mattei Le Seul Vrai Cap Corse. W trakcie rozważań nad bilbordami wycieczka dociera pod legendarne kasyno w Monte Carlo, które od zawsze było symbolem luksusu i blichtru. W tym miejscu Irena sama sobie dziękuje za „ograniczenia dewizowe”, które chronią ją przed tą świątynią rozpusty. Dalej francuskie serpentyny wiodą do Nicei. Na miejscu okazało się, że pokój w luksusowym hotelu Grand Negresco jest bardzo kosztowny, ale pobliski gościniec „Chez Jean” oferował za to przytulne noclegi w przystępnych cenach. Ponadto w swoich skromnych progach ugościł wędrowców pyszną kolacją i winem. Czas płynie wolno na zwiedzaniu okolicznych kurortów w Antibes, Cannes, St. Raphael i St. Tropez. „W Juan — les — Pins parking samochodowy budzi moją ciekawą namiętność — przechadzamy się przed szeregiem lśniących paszczy maszyn i podziwiamy »rodzime« o indywidualnych karoseriach cytrynki, peugotki i renówki.”

“Stare uliczki Awinionu przywykłe do samochodów” (fot. Brodzcy)

VIN ROSÉ W Marsylii Brodzcy zatrzymują się u ciotki Ireny, która miała willę w pięknej plażowo – portowej części La Madrague. Z tarasu, wpatrując się w morskie fale, Irena wielokrotnie podziwia zachody słońca. Oświetlony port, barki na wodzie oraz budząca się do wieczornego życia milionem świateł Marsylia. Miasto przyciąga swoim gwarem i architekturą Notre Dame de la Garda. W oddali tajemniczością kusi Chateau d’If, który odegrał ważną rolę w powieści Aleksandra Dumasa „Hrabia Monte Christo”. Marsylia rozpieszcza również kulinarnie. 1900 km od Łodzi podróżnicy rozpływają się nad ostrygami, krabami i moulami. Brodzkiej przypada do gustu „vin rosé z sałatką z aubergines”, czyli po prostu sałatka z bakłażanem podawana w towarzystwie francuskiego różowego wina. C’est la vie! W drodze do Paryża obowiązkowy postój na obiad w dawnej stolicy papieży – Awinionie.

„Dalej wśród winnic i pól uprawnych przez Orange, La Croisiere, Livron — do Valence, szczycącej się wspaniałą katedrą z grobowcem Piusa VI — aż, koło Tournon… Takie małe ziarnko żwiru… taka wypróbowana szyba Securit szkło nietłukące… Co tu dużo mówić. Przejechała ciężarówka, wypuściła z pod koła, jak z procy, kamyczek — zagotowało się na przedniej szybie, pobielały kryształy — kryształki — krysztaliki — i biała masa zasłoniła mi widok na 100 kilometrów, dzielące nas od Lyonu. Odkręciłam kilkanaście śrubek, zdjęłam ramę z szybą — inwalidką, i pojechałam dalej — a wiatr wiał mi w oczy…”

 

CELULOID Rozbita szyba nieoczekiwanie zatrzymała podróżników w Lyonie. Już w 1937 roku Francuzi nie słynęli z pracowitości. Irena na próżno szukała pomocy w garażach i warsztatach, które przez weekend nie pracowały. Na współpracę nie było co liczyć bez względu na ilość proponowanych pieniędzy. Co robić?! „Zbudowana gorliwością garażystów i szoferów decyduję się bohatersko na »wyczyn indywidualny« i jadę na stację zielono-żółtą B. P. (odpowiednik naszych »Karpat«) aby kupić potrzebne smary i oleje, ale kierownik stacji okazuje się gentlemanem — raźno zabiera się do pracy. Hansa na dźwigu pneumatycznym jedzie w górę — i po półtorej godzinie z pogodą w duszy i radością w sercu siadam za kierownicą gotowego do dalszego łykania kilometrów wozu. Zacny Liończyk obdarował mnie nawet kawałem celuloidu, z którego zrobiłam namiastkę szyby — starczyło na 2/3 powierzchni — więc syn hartował się na wietrze.”

“Marmurowe Battistero z płaskorzeźbami zwierząt” (fot. Brodzcy)

STOLICA Po relacji z Paryża można odnieść wrażenie, że Brodzka bardzo dobrze znała to miasto i darzyła je nie mniejszą sympatią niż Włochy, które bez wątpienia miały szczególne miejsce w jej sercu. Oprócz barwnych opisów architektury, pojawiają się ciekawe szczegóły nieoczywiste z punktu widzenia typowego turysty. „Spieszę do znajomych kątów Quartier Latin — Grand Hotel Corneille — szybkie zeuropeizowanie przyodziewku nadmiernie sportowego — 8-mio frankowe śniadanie na »Boul‘Miche« w studenckiej jadłodajni — gorączkowy wyścig z innymi wozami po ulicach Rive Gauche — wreszcie wolno, wolniutko sunę wspaniałymi bulwarami tego jedynego miasta. Można wszerz i wzdłuż przemierzyć Europę, uwiecznić w negatywie pamięci cuda wszystkich krain, plany wszystkich stolic — a przecie nic nie dorówna czarowi Włoch — i nic nie dorówna urokowi Paryża. Nigdy nie znudzi, nigdy nie spowszednieje — nie ten Paryż modnych gałganków, nie Paryż pikantnych rewii — i nawet nie Paryż, stłoczony na wystawie u stóp rozjarzonej wieży Eiffla, — ale ten, leżący u podnóża Montparnassu i klasztoru Sacre Coeur, przepasany Sekwaną, architektonicznie wspaniały, wielkością imponujący, rozmachem olśniewający — Paryż.” Irena wspomina, że popołudnia i wieczory spędzają wraz z Jerzym „na wystawie — o której napisano już wszystko”. Prawdopodobnie chodziło o Exposition Internationale des Arts et Techniques dans la Vie Moderne (Międzynarodową Wystawę Sztuki i Techniki w Życiu Współczesnym), na której swój pawilon prezentowała również Polska.

 

„Pożegnanie z drogami Francji zostawia ujemne wrażenie. Szosy asfaltowe wąskie, nawierzchnia niezbyt gładka, dotkliwy brak drogowskazów; nieraz nadrabiać musiałam parę kilometrów gdyż dopiero spotkany przechodzień lub mieszkaniec najbliższej — uśpionej o 8-mej wieczorem wioski informował mnie, że złą obrałam drogę. Gdy nawet drogowskazy były — wskazywały tylko odległość do następnej wioski, — której znów nie miałam na mapie, więc na chybił trafił udawałam się w lewo lub prawo. Na szosach brudno, siano, nawóz, papierki i grudki ziemi, — widać trakt ten, jako nieprowadzący do żadnego ważnego punktu, nie jest „pielęgnowany”, bo nie służy na pokaz. Wprawdzie nie można porównywać z tymi szosami większości naszych dróg — ale łatwo zrozumieć oburzenie, jakie wywołało u mnie często powtarzające się pytanie poznawanych Francuzów, czy do nas można przyjechać wozem, np. Peugeot‘em, bo podobno nie. Zapewniłam bojaźliwych turystów, że wskażę im marszrutę po całej nieledwie Polsce, gdzie setki kilometrów drogi przewyższy swym stanem znakomicie szosy północno-wschodniej Francji. A jeśli nawet trochę przesadziłam — obyśmy zawsze w rozmowach na obczyźnie przesadzali na korzyść naszego — jeszcze zapoznanego na zachodzie kraju.”

 

LUKSEMBURG Przemierzając kolejne kilometry rodzina zatrzymuje się w luksemburskim mieście stołecznym w hotelu Ancre d‘Or, gdzie rozbijają namioty! Zgłodniałych podróżników nakarmił gadatliwy gospodarz, który zaoferował po jednym „sandwichu luksemburskim”. To skąpstwo nie wywołuje entuzjazmu, aż do momentu, gdy okazuje się, że pojedyncza kanapka wielkości półmiska ma rozmiar wprost odwrotnie proporcjonalnie do wielkości kraju. Luksemburg zyskuje ocenę „kraju cacko”. Jest malutki, malowniczy, czysty, górzysty, uprzemysłowiony, a przy tym soczyście zielony. Jednak podróżując przez Nadrenię automobilistka nieco narzeka na zbyt wąskie drogi. Na ocenę wzorową zasłużyły natomiast niemieckie autostrady. Dwa pasy w każdą stronę rozdzielone trzymetrowym pasem zieleni wysadzanymi pelargoniami i astrami. Cała autostrada miała ok. 20 metrów szerokości. Co 20 – 30 km znajdowały się parkingi. Już w 1937 roku na niemieckich drogach obowiązywały współczesne nam zasady poruszania się, czyli jedynie manewr wyprzedzania odbywa się na lewym pasie, po czym kierowca od razu zjeżdżał na prawy pas. Do tego autostrady z pobliskimi miasteczkami łączyły znane nam dzisiaj zjazdy w formie ślimaków. Prędkości również znacząco nie odbiegały tym znanym nam na co dzień. Ówczesne Mercedesy i Steyery z powodzeniem pędziły z prędkością 150, a nawet 180 km/h!

Brodzcy na autostradzie w Niemczech (fot. Brodzcy)

KAC W Kolonii Brodzka odwiedza znajomych. Jak się okaże zupełnie niepotrzebnie opłaciła przed kolacją hotel, bo liczne degustacje lokalnych win nie mają tego wieczoru końca… „porównałam wino moselskie w Winzerkeller z winem reńskim u Prungs‘a, a śpiew w lokalach śródmieścia z wesołymi pieśniami, nuconymi w nastrojowej winiarni podmiejskiej nad Renem — świt zaróżowił niebo — a wczesnym rankiem trzeba było ruszać dalej.” Po upojnej nocy i z pewnością ciężkim poranku zespół rusza przez Duisburg do Bremy. Tam przez trzy kolejne dni Hansa przechodzi serwis w macierzystych warsztatach Hansa – Lloyd – Werke A.G. Był to czas na zwiedzanie, a Brema oraz oddalone o 50 km Bremen – Hafen, do którego zawijają transatlantyki, niezwykle pozytywnie zaskoczyły Brodzką. Średniowieczna zabudowa z ciemnej czerwonej cegły i dachy pokryte zieloną mchową patyną. „Brema gości więc w swych murach tysiące wykwintnych globetrotterów całego świata, i olśniewa ich wspaniałymi sklepami, w których widziałam konfekcję i galanterię, nieustępującą paryskiej, a wyroby skórzane i hafty — niezrównane.”

“Estetyczne podwórko hotelu w Luxemburgu zastępuje Hansie garaż” (fot. Brodzcy)

PORT Zaskoczona Bremą Irena postanowiła odwiedzić również Hamburg, którego porty obsługiwały głównie statki handlowe. Autorka relacji przyzwyczaiła nas do tego, że oprócz pięknych budynków i wyjątkowych samochodów, zwracała również uwagę na kobiety. Podobnie jak miało to miejsce w przypadku kelnerek we włoskim schronisku, siedząc w hamburskiej kawiarni w modnym Alster Pavillon Irena poddała wnikliwej analizie Niemki „upoiłam się zgiełkiem głównych nowoczesnych arterii miasta — i obejrzałam w modnym i drogim Alster Pavillon podczas podwieczorku elegancką publiczność Hamburga, — przy czym ten widok trochę zrehabilitował niewiasty niemieckie, na ogół dziwnie zaniedbane, nieefektowne, nieładne i przesadne w »powrocie do natury«. Nadmierne objętości i nieopanowane tusze do tej natury wracają, a szatki zewnętrzne usprawiedliwiają młodzież męską — szukającą ideałów nietubylczych.”

Kempinski Haus Vaterland, Berlin, 1932 (źródło: Bundesarchiv, Bild 102-13681 via Wikimedia Commons)

DO OJCZYZNY! Berlin, ostatni przystanek przed powrotem do Polski. Mimo obchodów 700 – lecia stolica Niemiec bledła na tle Paryża, Mediolanu i Hamburga. „Obiadek u Kempińskiego na ulicy Pod Lipami — ogołoconej smętnie z lip, dancing w naprawdę przepysznym lokalu wieży Babel, z niewiadomych przyczyn Vaterlandem nazwanej i kilka lekkomyślnie nieodpartych pokus w zachęcających domach towarowych.” Irena zdecydowanie wiedziała gdzie warto bywać! Hotel Adlon Kempinski Berlin istnieje do dziś przy reprezentacyjnej Alei Pod Lipami i od dekad jest symbolem najwyższej hotelarskiej jakości. Natomiast Haus Vaterland, dotkliwie zniszczone podczas II wojny światowej, zniknął na dobre z Potsdamer Platz w 1976 roku. A było to miejsce absolutnie wyjątkowe! Na wszystkich kondygnacjach modernistycznego budynku, rozmieszczono specjalnie urządzone restauracje reprezentujące kuchnie z całego globu, największą na świece kawiarnię Café Piccadilly mogącą pomieścić 2500 gości i ogromne kino. Za dnia było to miejsce spotkań przy muzyce na żywo, a wieczorami stawało się nocnym klubem, w którym królował alkohol i kabaretowe tancerki. Czas pozostawić w tyle tę berlińską świątynię rozpusty i ruszyć w stronę utęsknionej Łodzi! Do przejścia w Wierzbicach docierają już po zamknięciu granicy, a to wszystko dlatego, że Hansa zaczęła mieć problemy z chłodnicą. Na ostatniej prostej Brodzka nie traci głowy i po raz kolejny wykazuje się pomysłowością. Po wystudzeniu auta w leśnym zajeździe, dojeżdża do pierwszej napotkanej wsi. Tam kupuje wodę i pudełko smaru, którym doraźnie regeneruje pompkę wody. Polska wita naszych podróżników gościnnie, ale po swojemu…

 

„Nocleg w wozie — na podwórzu urzędu celnego — ranek pogodny, słoneczny, radosny — podnosi się ostatni »szlaban« graniczny — z serdecznym wzruszeniem podskakujemy (nie z uciechy tylko) na naszej polskiej obrzeżonej drzewinami szosie. Gnają środkiem krowy, tłoczą się z rozdziawionymi dziobami stada gęsi, wieśniacy nie zjeżdżają i nie schodzą z drogi na sygnały, przy pierwszej pompie benzynowej zbiera się tłum gawiedzi — a przecież tak miło i tak inaczej bije serce. Przy zagajniku brzozowym, który już złoci jedyna, niezrównana polska jesień, zatrzymuję wóz: wysiadamy, ściskam syna — towarzysza pięknego raidu — i pogładziwszy wierną brykę Hansę — zaczynam montować oponę.”

Hansa na tle Bramy Brandenburskiej (fot. Brodzcy)

Źródła:

Brodzka I., 6 500 klm. dookoła Europy środkowej (cz. 1), Touring, 1937, nr 10

Brodzka I., 6 500 klm. dookoła Europy środkowej (cz.2), Touring, 1938, nr 1

Brodzka I., 6 500 klm. dookoła Europy środkowej (cz.3), Touring, 1938, nr 2

Tekst: Sławomir Poros

Ilustracja z okładki artykułu: Mirovvska.