Blog
Essen2Lodz – RoadRush

Essen2Lodz – RoadRush

imprezy

trip22 kopia

Ktoś mnie kiedyś zapytał co to właściwie znaczy, że tejsted jest – automotive lifestyle. Ja bym bardzo chętnie na koszulce nosił polską nazwę, ale chyba wymagałoby to zbyt wielu słów. Większość z nas ma jakąś pasję. Jedni kochają motoryzację – tak jak my, inni nie mogą żyć bez piłki nożnej, bez grania w szachy, gotowania, tańczenia i czego tam jeszcze dusza zapragnie.

Bez względu na to co lubisz robić, ale sprawia Ci to jakąkolwiek radość, to po pewnym czasie zainteresowanie staje się hobby, hobby staje się pasją, a pasja nieodłączną częścią życia. Jak wejdziesz do pokoju piłkarza to na ścianach zobaczysz plakaty Ronaldo. Jak wejdziesz do pokoju kucharza to na półkach znajdziesz książki do gotowania. To wydaje się być jakąś oczywistością. Tylko przychodzi taki moment, w którym Twoje zainteresowania przeradzają się w coś co można nazwać „lifestyle” – stylem bycia. Jesteś kuchcikiem idziesz do restauracji i zaczynasz rozkminiać jak oni tego schaba zrobili. Oglądasz filmy o gotowaniu, chodzisz do sklepów z garami, idziesz na rynek i szukasz ciekawych przypraw. Dla mnie jajecznica to jajecznica, ale ktoś może mieć ochotę z tego zrobić najlepsze danie na świecie. To jest właśnie lifestyle – świadome podporządkowywanie drobnych chwil temu co Cie napędza w życiu. I to nie dlatego, że ktoś Ci każe tak robić. Tylko dlatego, że chcesz tak robić, bo widzisz w tym sens, cel i przyjemność.

Obraz 1211

Dlatego  my jadąc na wycieczkę robimy dwie rzeczy : dobrze się bawimy i zwiedzamy najciekawsze motoryzacyjne miejsca w okolicy. RoadRush Essen2Lodz był pomysłem spontanicznym. Siedzieliśmy sobie kulturalnie na imprezie i wpadliśmy na pomysł, że tak właśnie musi być. Cyś i Mereć nie mogli jechać, bo mieli do rozliczenia studia – zabezpieczamy się na wypadek, gdyby tejsted nie powtórzyło sukcesu TopGear. Dlatego mój wybór towarzyszy podróży był oczywisty. Jest tylko jedna osoba, do której piszę sms’a „Co dziś robisz?”, a on odpisuje „Dziś o 21, tam gdzie zawsze.”. Mowa o moim wieloletnim przyjacielu Marcinie, którego z pewnością znacie z osławionego fanpagu Lani by Trzeciu. Trzecim do spółki był nasz wspólny znajomy i informatyk – Tomek aka Jesienny Blogger. Rozrywkowy informatyk to dziś rzadkość, a do tego zawsze ma przy sobie wifi.

12047545_1059077387449815_1864839499_n
Do Essen wyruszyliśmy autokarem z Łodzi punkt 18:00 z Kaliskiego. Perspektywa 15 godzin podróży nie nastawiała nas optymistycznie, ale dobrze się zaopatrzyliśmy i okazało się, że nie było tak źle. Najgorsze chwile przeżywał Trzeciu, bo jego 2 metry wzrostu nie ułatwiają relaksowania się w autokarowym fotelu. Po drodze odwiedziliśmy kilka miast, bo nie doczytaliśmy na biletach, że nasz autokar z Łodzi jedzie okrężną drogą do Essen. Zaliczyliśmy nocną przesiadkę we Wrocławiu, później jakieś niemieckie miasteczka typu Hannover itd., a do Essen dotarliśmy o 8:00 rano następnego dnia.

12047793_1059077414116479_1753830142_n

Nieciężko się domyślić, że mieliśmy już dobre humory. Z dworca odebrał nas gospodarz (też) Marcin, u którego mieliśmy przyjemność mieszkać. Z racji tego, że pochodzi z Łodzi nie musieliśmy się nawet porozumiewywać, że zanim śniadanie to musimy zahaczyć o Getertrunken Arena – to jest taki bardzo popularny w tej części Niemiec market z lekami na sen. I tak na przykład naprawdę dobre piwo kosztuje 0,50 Ojro, a 0,7l Jagera 11,00 Orjo.

12042107_1059077457449808_1622016977_n

Po zakupach dotarliśmy do naszego uroczego domku i przystąpiliśmy do obrzędu śniadania. Wszystko szło gładko i smacznie do momentu kiedy Trzeciu nie zaczął wyciągać suwenirów z Polski… jak o 13 wyszliśmy zwiedzać Essen to Tomek był już Jesiennym Bloggerem i z gracją słonia prezentował swoje stylizacje na „wycieczkę krajoznawczą”. W końcu wyruszyliśmy, pozwiedzaliśmy, posiedzieliśmy na ławkach w parku. Essen to urocze miasto. Zadbane z klimatem, trochę podobne do norweskich miasteczek z racji swojej górzystości, domów na pagórkach i uwielbienia ich właścicieli do obkładania fasad kamieniami. Podczas II WŚ prawie doszczętnie zniszczone przez bombardowania, więc w dużej mierze historię ma podobną do Warszawy, którą odbudowywano z gruzów.

Obraz 117

Ogólnie nie dzieje się tam wiele, bo też nie wiele tam jest, jak wspominałem po bombardowaniu z większych zabytków ostał się jedynie klasztor. Akurat na naszą wizytę przygotowano uliczny festiwal a’la odpust, czyli karuzele i obwarzanki. Trochę jak u nas na dożynkach. Dlatego najciekawszym eventem w mieście są coroczne targi Essen Motor Show. Event mega duży i wart zobaczenia, bo do momentu amerykańskiej SEMA były to największe targi tuningowe na świecie. Dziś Essen trochę dzieli się sławą z pobliskim Frankfurtem, gdzie odbywają się największe niemieckie targi motoryzacyjne – Frankfurt Auto Show.

Obraz 111

To tyle w temacie tego, co warto zobaczyć w Essen. Fajny jest jeszcze most nad mini portem, gdzie można posiedzieć z piwkiem i pochillować (przypominam w Niemczech można pić piwo w miejscach publicznych i posiadać śladowe ilości zielonego). W Essen jest ładnie, ale na dzikie imprezy nie ma co liczyć, chyba że w zorganizowanej grupie imprezowej.

Obraz 112

Po tripie po Essen poszliśmy spać, bo byliśmy zmęczeni zwiedzaniem. Najbardziej wykańczały nas check pointy we wspomnianych Getertrunken Arena. Kolejna ważna informacja na temat alkoholu – w Niemczech w sobotę i w niedzielę możliwe, że pozamykają Wam wszystkie wodopoje. Wtedy musicie korzystać z „KIOSKów” prowadzonych najczęściej przez Turków, którzy sprzedadzą Wam piwo 2 razy drożej, ale przynajmniej w niedzielę. Ta informacja przydała się w Berlinie. Po regeneracji czas wracać do pracy, jak to mawia Trzeciu „to nie kolonie, tu nie ma Pani Basi, która da Ci pieniążka z portfelika”.

12041746_1059077527449801_980626291_n

Pobudka i wyruszyliśmy do pobliskiego miasta Oberhausen na kolację. Szczęście, że dołączyła do nas Angelika, która razem z Marcinem nocowała nas w swojej posiadłości i była w stanie nas dowieźć na jedno z najlepszych żarełek jakie w życiu jedliśmy.

12047450_1059077560783131_355797715_n

Trafiliśmy do wielkiej chińskiej restauracji – Pogoda. Płacisz za wejście i jesz ile chcesz. Serwują tam przegenialne jedzenie. Krewetek i kurczaków na 10 sposobów można jeść bez liku i są wyjątkowo smaczne. Trzeciu umiłował sobie kaczkę, natomiast Tomo jadł ryż… Ale serio jeśli będzie mieli dylemat gdzie zjeść, to sprawdzajcie tę miejscówkę, bo warto.

11647159_1059077484116472_1233264563_n

Po takim mega podkładzie, wróciliśmy do Essenowego domu. Tam łącząc polską tradycję z niemiecką gościnnością uczciliśmy nasze spotkanie…

Obraz 096

Obudziliśmy się i zapoznaliśmy się z 4 członkiem naszego zespołu – $zogunem, czyli Seatem Toledo ’95 1.9 TDI. Wspaniałe auto w kolorze Ferrari Le Mans Blue z piekielnie mocnym silnikiem generującym prawie 110hp. Po ogarnięciu bestii ruszyliśmy na nasz kolejny check point – Berlin 500km.

Obraz 120

Jeśli ktoś powie, że niemieckie autostrady są hipersuper to mu kupię bilet do Zgierza. Nie dosyć, że drogi są poukładane z betonowych płyt i non stop towarzyszy Ci „tuk-tuk, tuk-tuk” i tak tukło. Trzeciu miał na to teorię – jak Niemcy spieszyli się w 1939 do Polski to takie zbudowali i już zostały. Ciężko dyskutować z takim argumentem. Do tego Niemcy chyba mają jakieś umiłowanie do śmieci. Na toaletowych zjazdach, gdzie zatrzymywaliśmy się na zmiany (mieliśmy dosyć ciężką noc, także 3 zmiany były obowiązkowe), można było znaleźć wszystko – butelki, gazety, papiery. Nie polecam też wchodzić do toalet… Jedyny plus tych dróg to 3, niekiedy nawet 4 pasy, i brak opłat.

Hisilicon Balong
Dotarliśmy do Berlina. Kolejna ciekawostka – nie zwiedzajcie Niemiec starymi dizlami – nawet jeśli jest to $zogun. Większość niemieckich miast ma „zielone strefy”, do których można wtargnąć tylko mając na szybie zieloną plakietkę. Wjazd bez tego będzie Was kosztował około 80 Ojro. Ale jest na to life hack. Przed strefami warto znaleźć parking typu Park & Ride (GPS nawet ma takie pozaznaczane) i tam możecie bezpłatnie zostawić auto. Najczęściej jest to w pobliżu stacji metra, albo innego ciekawego środka lokomocji i można bez problemu dostać się do centrum. Chociaż nie do końca tak bez problemu, bo kupowanie biletu do metra w biletomacie na początku nas nieco przerosło.

Obraz 129

Plan był prosty, dostać się gdziekolwiek, znaleźć spanie i iść w miasto. W necie na szybko znaleźliśmy miejscówkę All In Hostel przy Gruenberger Str. 54, która miała być naszym punktem zaczepienia. Dotarliśmy tam przechodząc przez ciekawą dzielnicę – takie Stare Polesie albo Bałuty dla Łodzi. Wyjątkowe miejsce, gdzie atmosferkę tureckich kebabów i berlińskich chińczyków można ciąć nożem – słowo klucz: nóż. Wymarzone miejsce na nocleg, bo okazało się że to ulica z naszym „Hiltonem”.

Obraz 149

Powiem tak – jeśli ciąży Wam w kieszeni 20 Ojro, ale za to lubicie 8 osobowe pokoje z pościelą i materacami wątpliwej czystości to polecam tego allegrowicza. My już z założenia chcieliśmy mieć w tym miejscu wyłącznie prysznic i toaletę, które o dziwo były bardzo w porządku. Do tego była już godzina 20 i chcieliśmy jak najszybciej wyruszyć w miasto. Pani z recepcji jak się dowiedziała, że jesteśmy z Polski zaznaczyła – nie wolno hałasować i pić alkoholu w pokojach.

Obraz 135

Po zalogowaniu i szybkiej kąpieli wyruszyliśmy w Berlin. Wyrwaliśmy się z naszej ciekawej dzielnicy bardziej w kierunku centrum i wylądowaliśmy na fontannie na Alexanderplatz. Ciekawostka, na stacji na której wsiadaliśmy, polski pijany punk z psem chciał ewidentnie wzniecić wojnę polsko – polską. Ale sytuację załagodził Trzeciu swoim bajcepsem i milczeniem.

Obraz 142

Aleksanderplatz również nie okazał się oazą spokoju. W godzinach wieczornych można tam spotkać ciekawych ludzi, nieco pijanych i nieco naćpanych, ale nadal ciekawych. Niezrażeni tym kupiliśmy piwo i ruszyliśmy zwiedzać. No i fakt, zrobiliśmy mega dużo kilometrów. Opera berlińska, Katedra berlińska, Uniwerk Humbolta, Muzea – budowle które warto zobaczyć, bo są fenomenalne. Wszystko wysokie i niebywale wielkie. Tak jakby jakiś niski Niemiec miał kompleks wzrostu i wszystko kazał trzaskać pod samo niebo… Warto to zobaczyć, bo z architektonicznego punktu widzenia są to budynki interesujące i po drodze zawsze można zjeść najgorszą i najdroższą pizze w życiu – tu życie uratował nam turecki „KIOSK” z piwem.

Obraz 146

Do Bramy Brandenburskiej doszliśmy o 2 w nocy, po drodze oblookaliśmy Hotel Adlon (znacie to miejsce z serialu na TVP2), najdroższy i najstarszy hotel w Berlinie. Do naszego „Hiltonka” wróciliśmy o 4 albo 5. Oczywiście nie bez przygód, bo jak wróciliśmy na Alexanderplatz, z którego wiedzieliśmy jak dojechać do domu, okazało się, że metro już nie jeździ… dlatego 4 km do hostelu poszliśmy z buta po miejskiej dżungli. I tu pojawiło się spostrzeżenie, że coś brudno w tym Berlinie jakby nikt nie sprzątał. Słupy i przystanki poobklejane niemiłosierną liczbą ulotek. Plakaty z gejami na każdej ścianie, graffiti i tagi na budynkach. Mieliśmy nadzieję, że to nocny urok…

Obraz 168

Nic bardziej mylnego. Rano po resecie systemu, ruszyliśmy w Berlin w kierunku Mercedes – Benz Arena, które znajduje się w sąsiedztwie Muru Berlińskiego. Oczywiście ponownie technika metro – but. Tak brudnego centrum miasta ze świecą szukać.

Hisilicon Balong

Łódzkie biedniejsze dzielnice to przy tym strzeżone osiedla. Byliśmy w szoku ilu ludzi śpi na ulicach (nie uchodźców, ale zwykłych ludzi). Mają materace i domy z kartonu. Jedni mieszkają pod przęsłami metra, a inni bez pardonu na samym środku ulicy na miejskiej ławce – tu polski akcent, jeden taki mieszkaniec miał nad swoim legowiskiem polską flagę Tyskiego. I do tego niezliczona ilość punków, siedzących na ulicach, pijących i zbierających do kubka.

Obraz 178

Ale przynajmniej jak jedliśmy śniadaniową owsiankę pod murem berlińskim to nie czuliśmy się niezręcznie.

Obraz 186

Ciekawostka #43212 w Berlinie pije się bardzo dużo Frittza. Niby hipsterska odmiana Coli, Fanty itd. ale bardzo dobre na zapojkę. Tylko jedna rzecz nie została wyjaśniona. W Berlinie butelka kosztuje jakieś 0,50-0,70 Ojro. W Polsce 13 PLNów. Jak ?

Obraz 179

Chcieliśmy to przegryźć Areną Benza, ale oczywiście okazało się, że jest nieczynna… szło się zdenerwować. Ale był plan B.

Obraz 189

Ruszyliśmy z powrotem do centrum Berlina, żeby zobaczyć dwa miejsca:  Daimler’s Cafe – kawiarnia gdzie można napić się kawki za 15 Ojro w obecności ładnych Merców i lunapark VW : Drive.

Obraz 165

Obraz 160

Drive to centrum rozrywki koncernu Volksvwagen przy Friedrichstraße 84, znajdujące się naprzeciwko Daimler’s Cafe. Można je zaliczyć do  zacnego miejsca na popołudniowe zwiedzanie, bo oprócz oglądania aut można tam coś zjeść.

Obraz 200

Obraz 210

Ochroniarz nawet Wam drzwi otworzy od Porsche albo Lambo. Do tego w sklepiku obok głównej sali możecie nabyć modele samochodów, koszulki i inne bibeloty. Możecie też zamówić sobie Bugatti w skali 1:1.

Obraz 227

Obraz 224

Obraz 220

Obraz 214

Obraz 215

Bardzo fajne miejsce z pewnością warte obejrzenia z motoryzacyjnego punktu widzenia, jeśli Merecedes – Benz Was walnie w dudy.

Obraz 202

Obraz 205

Z pewnym niedosytem po nieudanej próbie zdobycia Mercedes – Benz Arena wróciliśmy po $zoguna i ruszyliśmy na drugą stronę Berlina…

Obraz 193

I przyszła chwila na klucz wycieczki. Usłyszałem o tym miejscu bardzo dawno temu i chciałem tam pojechać jak Muslim do Mekki. Classic Remise Berlin to niezwykłe królestwo. 16,000 metrów kwadratowych hali, w której znajdziecie dziesiątki najpiękniejszych aut na świcie.

Obraz 349

No jak inaczej określić miejsce gdzie pod jednym dachem są 3 Countache, 2 Diablo, 2 Merce Guldwingi, Veyron, LaFerrari, 2 Porsche 918 (jedno w sklepie z modelami jako eksponat) i tak bez końca. Hala – przechowalnia, połączona z warsztatami i sklepami.

Obraz 290

Warsztaty – do większości można wejść i podejrzeć jak rozbiera się Ferrari, albo 80 letnią wyścigówkę nieznanego pochodzenia. Wszystko podzielone na sekcje wg krajów pochodzenia danej marki.

Obraz 260

Fantastyczna atmosfera, którą można jeść jak ciasteczko z kremem. Są nawet ławeczki między stoiskami, żeby usiąść i kontemplować otoczenie. W sklepach natomiast możecie kupić zabytkowe auta, nowego Lotusa (Lotus właśnie tu ma berliński salon), łódź albo zabawkowy model dla synka.

Obraz 316

Do wyboru wszelkie rozmiary, marki, moc i kolor. ABSOLUTNIE FANTASTYCZNE. To miejsce wynagrodziło brudną pościel, kiepskie jedzenie i śmieci na ulicach. Coś przecudownego! Life hack 2 – do Remise nie podjedziecie autem, bo znajduje się w “zielonej strefie”. Ale zaraz przed strefą znajdziecie charakterystyczne tereny fabryczne, gdzie możecie porzucić soje auto i z buta dojść do Remise. W drodze do $zoguna zahaczyliśmy przypadkowo o „budę” z pizzą w bezpośrednim sąsiedztwie Remise. Zamówiliśmy pizzę, jakoś bez przekonania, że zjemy tu coś dobrego…

Obraz 420

No i się grubo przejechaliśmy… okazało się, że ta przypadkowa mała buda, nieco zaniedbana, to Pizza Europa – oficjalnie najlepsza mini pizza ( chyba do 29 cm średnicy) w całym Berlinie.

Obraz 419

Pogadaliśmy trochę z właścicielem i okazało się, że nawet ma certyfikat potwierdzający wygraną w plebiscycie. Jak do tej budy wparowało w pewnym momencie 20 osób wszystko było jasne.

Obraz 424

Wymarzone zakończenie niezwykłego zwiedzania. Tacy uradowani, wsiedliśmy w $zoguna i wróciliśmy do Polski, zahaczając o Poznań i  oczywiście Stary Rynek. Przy okazji ul. Szkolna 15 – najlepsze burgery jakie zjecie w okolicy Rynku. Bomba!

Obraz 429

I na tym można by skończyć historię, gdyby nie mały drobny fakt, że nic byście nie obejrzeli w szczególności nie zobaczylibyście filmu… bo w niewyjaśnionych okolicznościach 2 karty SD z Go Pro szlag trafił i straciliśmy wszystko. W obliczu tragedii poratowała nas łódzka firma www.ratuj-dane.pl, która w błyskawicznym tempie postarała nam się pomóc. Okazało się, że urządzenie z którego korzystaliśmy po drodze miało wirusa i zaczęło zjadać nasze dane. Na szczęście Odzyskiwacze dali radę uratować większość materiału i dziś możemy się tym podzielić.

Obraz 430

Podsumowując, wyjazd zaliczamy do bardzo udanych – pełen spontan, 0% planowania, 100% miejskiej dżungli i przygody. Jeszcze raz dziękujemy Angelice i Marcinowi za gościnę w Essen i bardzo udany wieczór. Berlin nas zawiódł swoim brudem i zaniedbaniem, do tego wtopa z Mercedes Benz Arena. Wspólnie doszliśmy do wniosku, że Berlin jest miastem hardcorowej imprezy bez trzymanki, w którym nie każdy będzie się dobrze czuł. W tym mieście możesz być kim chcesz i nikt się nie przyczepi – chcesz być bezdomnym to jesteś bezdomnym, chcesz być punkiem to nim jesteś. Tylko w tym całym byciu “niezwykłym” niekiedy stajesz się “takim samym”. Mimo, że nie zawsze jedliśmy dobrze i spaliśmy wygodnie to wszystko zostało wynagrodzone cudownym Remise, z którym Was teraz zostawiam…

Obraz 402

Obraz 355

Obraz 392

Obraz 381

Obraz 398

Obraz 370

Obraz 358

Obraz 384

Obraz 386

Obraz 308

Obraz 310

Obraz 346

Obraz 307

Obraz 297

Obraz 277

Obraz 257

Comments are closed.
Copyright © 2017 Tejsted.pl